Podkarpacie.
Albo w stronę Podkarpacia. Mam bardzo trudną relację z tamtymi regionami. Albo
marznę w sierpniu, albo atakują mnie kundle, ewentualnie zrywam łańcuch albo
gubię szlak przez szalone wycinki i rozjechane szlaki w lasach.
Ten wyjazd nie był inny. Od
dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem wjechania na ten najwyższy szczyt
Pogórza Ciężkowickiego. Chociaż z Ciężkowicami mi się zupełnie nie kojarzy, ale
geologicznie Malta i Sycylia to Afryka więc Liwocz niech będzie częścią Pogórza
Ciężkowickiego. Widziałem tą górkę kilkukrotnie z okolic Kokocza, mijałem ją w drodze
do Jasła. Faktem jest, że widać ją już z daleka i mocno odcina się na tle
pobliskich wzniesień. Toteż trzeba było się tam w końcu wybrać.
Pojechałem
szosą i był to dobry wybór pomijając sam „atak szczytowy”. Ale od początku. Ruszyłem
jak zwykle z Tarnowa. Początek standardowy w kierunku Łęk Górnych, w których
dobry asfalt to raczej rzadkość ale za to widać już mój cel. Temperatura
rośnie, sił jeszcze dużo. Dalszą trasę zobaczcie sobie na mapie bo nazwy raczej
nie kojarzą się ze znanymi miejscowościami bo są to np. Czerwonka i Budyń
Pierwszy. Ogólnie takimi dziwnymi, za to mało uczęszczanymi drogami, docieram
do Lubczy. To już bardziej znana wiocha w okolicy. Kolejna jest Jodłowa, od
której według Maleńczuka idzie wiosna. Tak to ta Jodłowa, podobno. Droga wymaga
dobrej kondycji i sił w nogach bo jest to droga typu – góra – dół. A zjazdy nie
są na tyle długie żeby wystarczająco na nich odpocząć. Chociaż można tu
rozwinąć zacne prędkości w okolicach 60 – 70 km/h bez wielkiego wysiłku. W
końcu docieram do Brzysk. Zatrzymuje się pod sklepem, wlewam w siebie pół litra
coli, zapijam wodą i patrzę na wskazania gps’a.
I tutaj popełniam błąd. Zamiast zaufać swoim wspomnieniom z wyjazdu do Jasła
ruszam według tych wskazań. Docieram do końca drogi asfaltowej. Rozjazd w lesie
– nic wielkiego. Jeździłem już szosą po szutrach. Problemem okazuje się wybór
drogi na rozdrożu. Najpierw wjeżdżam pod górę w prawo, ale przeczucie ściąga
mnie na dół. Jadę w lewo. Według opisów miało tam być źródełko, studnia, zwał
jak zwał. Było, rozwalone, rozjeżdżone i ciężkie do zobaczenia spomiędzy zniszczonych
drzew, krzewów, korzeni i błota. Już wiem, że rowerowe szlaki na gps się nie sprawdzą,
schodzę z roweru i uruchamiam aplikację do pieszej turystyki. Byle był wyraźny
rzut góry, pójdę na dziko. Klnę całkiem głośno ale jakoś docieram do drogi,
którą wjechałbym bez problemu gdybym w Brzyskach pojechał odrobinę dalej i
przed Ujazdem odbił w prawo… Droga ku górze niestety nie jest naturalnym leśnym
szutrem tylko cholernie ostrymi kamykami wysypanymi tam przez ludzi. Tak, na
terenie rezerwatu. Rozumiem, że jest tam również droga krzyżowa ale przecież
można było ją poprowadzić bez zasypywania lasu kamieniami niczym torów
kolejowych. Szalona wycinka, wytyczanie dróg leśnych kamieniami.
To nasze rezerwaty.
W
końcu docieram na szczyt, który jest całkowicie zalesiony. Ale spokojnie, na
górze znajduje się również Sanktuarium Chrystusowego Krzyża i Matki Bożej
Królowej Pokoju
z wieżą widokową. Ogólnie pomysł dobry, ogólny odbiór miejsca odbiera
zniszczona już
i nieco jarmarczna całoroczna szopka. Jest też figura Jezusa na wieży, pomnik
Jana Pawła II, Kamień Pustelnika oraz stary dąb, zniszczony, a jakże, przy
budowie wieży widokowej. Czasem naprawdę mniej oznacza więcej. Wracając do meritum.
Widok z góry jest rozległy w każdym kierunku, ja niestety nie trafiam na dobrą
widoczność, jest parno, brakuje „ostrej pogody”. Jeśli wierzyć Wikipedii przy
odrobinie szczęścia możemy zobaczyć zarówno Tatry jak i Bieszczady, załapać się
też możemy na Babią Górę.
Wracam
już drogą o której wspominałem aż do parkingu. Na gravelu lub mtb zjazd na pewno
może przynieść sporo satysfakcji, ja raczej skupiłem się na hamulcu i omijaniu
co ostrzejszych kamieni. Udało się dojechać do asfaltu bez komplikacji zarówno zdrowotnych
jak i sprzętowych. W drodze powrotnej przed Lubczą odbijam w lewo i częściowo
przypadkiem „zaliczam” jeszcze Kokocz od strony, z której jeszcze nie podjeżdżałem.
Po całodniowej jeździe po górkach jest dość wymagający, zwłaszcza, że w pełnym
słońcu i bez wypłaszczeń. Na 106 kilometrach zrobiłem trochę ponad 1500 metrów
przewyższeń co już można odczuć w nogach.
Wyjazdu nie żałuję
chociaż raczej nie prędko tam wrócę. Wolę jednak podjazdy na Brzankę i
zachodnią część Pogórza. Dobrze jednak było tam pojechać, zobaczyć na własne
oczy i wyrobić sobie własną opinię. Cała trasa dostarczyła mi też sporo
satysfakcji z racji na przewyższenia.
.JPEG) |
| Jak pisałem - podjazdy na tej trasie nam nie odpuszczą |
.JPEG) |
| Od początku szukałem cienia, którego zbyt wiele nie było |
.JPEG) |
| Widoki jednak rekompensują wysiłek |
.JPG) |
| A słońce nie odpuszcza |
.JPEG) |
| No i mój cel - Liwocz |
.JPEG) |
| Tą drogę tylko mijałem, ale była ładna więc jest zdjęcie |
.JPEG) |
| Selfie, jak zawsze, musi być |
.JPEG) |
| Niemiłosierny skwar |
.JPEG) |
| Znów trochę cienia i widok na Liwocz |
.JPG) |
| Jeśli mijacie tą kapliczkę to znak, że skręciliście za wcześniej w Brzyskach |
.JPEG) |
| Ostatni podjazd asfaltem |
.JPG) |
| I jest cudownie rozjeżdżony rezerwat |
.JPG) |
| To już właściwy szlak, ten kamienisty |
.JPEG) |
| Potwierdzenie, że rower znalazł się na szczycie |
.JPG) |
| Sanktuarium i zarazem wieża widokowa |
.JPEG) |
| A w nagrodę tylko zamglony widok |