Przejdź do głównej zawartości

Jezioro Klimkowskie (Beskid Niski)

Nad Jeziorem Klimkowskim spędziłem dwa niepełne dni. Poza sezonem, częściowo w deszczu, częściowo w słońcu. Byłem tam popołudniu i o wschodzie słońca. Dotarłem tam drogą asfaltową i zboczem góry Kiczera – Żdżar omijając tamę najbliżej jak tylko się da. I na tych dwóch wariantach się skupię.


Pierwszego dnia po zameldowaniu się w miejscu noclegowym (miejscowość Łosie), zostawiłem zbędny bagaż, przebrałem się i po krótkiej rozmowie z gospodarzem dowiedziałem się, że kiedyś obok tamy była ścieżka „na dziko”, ale dziś nie wie jak to wygląda i czy jest możliwe przejście. Zaczynam...


Wariant I – na szpiega

Według Stravy zboczem góry jest wydzielona ścieżka, także wybieram ten wariant. Wzdłuż rzeki, pokonując jeden most, dostaję się pod samą zaporę wodną. Droga jest wygodna, asfaltowa i prowadzi tylko w jednym kierunku. Przed samą zaporą umiejscowione są ławki oraz kilka tablic informacyjnych. Możemy również odbić w prawo i „zaliczyć” tzw. Skały Tomka. Ja sobie odpuszczam i zaraz przed bramą wjazdową, która informuje nas o zakazie wstępu odbijam w prawo w las. Przechodzę przez stalowy mostek i zaczyna się wspinaczka. Początkowo trasa wiedzie stromo w górę po niby schodach z rozwalające się desek. Jest ślisko, sporo luźnych kamieni i wystających korzeni. I jeśli ktoś nie musi to nie polecam zabierać roweru ze sobą. Przez sporą część trasy nie da się go prowadzić (przynajmniej w tych wilgotnych warunkach) i musimy go dźwigać. Dobrze, że większość bagażu została na miejscu. Po chwili orientuje się, że chyba skróciłem sobie drogę bo dochodzę do czegoś co już bardziej przypomina ścieżkę. Nadal jednak jest wąsko i ślisko. Można próbować jechać, ale czy warto... Powoli wspinam się coraz wyżej, czasami pomagam sobie rękami, targam rower ze sobą i jest... Tu poczułem się odrobinę jak w filmie szpiegowskim, las, deszcz, mgła, brak oznakowanego szlaku a zza gałęzi dostrzegam zaporę. Efekt potęguje fakt, że nie widzę nikogo, a jedyne ślady człowieka zdradza przyczepa samochodowa zaparkowana na terenie zapory. Schodzę trochę poniżej dla lepszego kadru. Część liści już opadła także udaje mi się dostrzec całkiem sporą część zapory. Kiedyś była ona dostępna dla turystów o czym świadczą chociażby ławki, dziś jeśli nie jesteśmy pracownikami możemy ją oglądać od środka tylko z tej perspektywy. Jeszcze odrobina wspinaczki i strome zejście do drogi asfaltowej, która prowadzi od centrum Klimkówki do zapory tyle, że już od drugiej strony. Na drodze postawiony jest szlaban, widnieje również informacja o tym, że obiekt jest monitorowany jednak nie zauważam nigdzie zakazów wstępu aż do samego wejścia. Kieruję się do centrum Klimkówki.


Na głównej drodze do Uścia Gorlickiego zatrzymuję się przy Kościele Serca Jezusowego w Klimkówce. Nie duży jednak ciekawy architektonicznie i malowniczo położony, zachęca do zrobienia kilku pamiątkowych zdjęć. Kilkaset metrów dalej zjeżdżam nad brzeg jeziora jednym ze zjazdów (dalej jest jeszcze jeden). Zwrócić tu należy uwagę, że spora część to tereny domków letniskowych, jest też miejsce na przyczepy kempingowe i namioty. Nawigacja Google informuje, że będę mógł skorzystać z oferty gastronomicznej. Jednak nic takiego nie ma miejsca. Owszem „budy” jakieś stoją, ale są zamknięte. Przypominam, że jest sobota, 30 września, godzina około 15-16. Istnieje możliwość wynajęcia rowerka wodnego. Kajaków o których czytałem nie widzę. Dochodzę do wniosku, że tutaj sezon jednak już minął. Strzeżona plaża też pozostała już nie strzeżoną. W niedzielę kiedy będę tu o wschodzie słońca, zastanę samochód służbowy i pana, który objechał teren, nie do końca wiem co kontrolując. Przy samej plaży znajduje się „ruchome” molo.


Nad samym brzegiem biegnie też ścieżka rowerowo – spacerowa o nawierzchni ubitego, drobnego szutru. Ma około 4 kilometrów i wszystko byłoby super gdyby nie kończyła się nagle w krzakach. I albo musimy wracać tą samą drogą albo przedostać się do głównej drogi jednym ze zjazdów, które jak wspominałem są terenami prywatnymi, chociaż niektóre przypominają raczej dziką prywatyzację. Szkoda, bo jesteśmy już w połowie drogi do Uścia Gorlickiego. A trasa główną drogą nie jest widokowa a ruch jest całkiem spory.


Ja na szczęście jezioro mam praktycznie dla siebie, spotykam tylko pojedyncze osoby i kilku wędkarzy. Bez problemu znajduje miejsce gdzie mogę posiedzieć sam, odpocząć po przyjeździe z Tarnowa i chłonąć krajobrazy.


Wracając do zaplecza gastronomicznego – jedną restaurację minąłem w miejscowości, z której wyjeżdżałem (Zajazd Pstrąg u Eda – jadłem tam, bardzo smacznie). Następny lokal znajduje się dopiero w Uściu Gorlickim. Warto o tym pamiętać bo ja już miałem mały kryzys jedzeniowy ;) Sklepów też jest tu jak na lekarstwo. Zanim zamówiłem kolację musiałem zatrzymać się w sklepie i w ciągu paru chwil zjadłem loda, paczkę żelków i zapiłem to ulubioną colą zero ;).


Wariant II – na kolarza


Tą trasę częściowo sprawdziłem już pierwszego dnia bo nią wróciłem na nocleg. Szybki, dwu kilometrowy zjazd zwiastował ostry podjazd zaraz rano. Ale po kolei. Jako, że drogę mniej więcej już znam sugeruję się Google Maps, która zaraz na początku prowadzi mnie na przełaj przez dość rwącą Ropę. Może spowodowały to opady w poprzednim dniu, jednak na pewno nie mam zamiaru wchodzić o 6 rano do tej rzeki z rowerem. Na szczęście jakieś 100 metrów dalej znajduję się cywilizowana kładka dla pieszych. Pomiędzy zatrzymuję się jeszcze przy Cerkwi pw. Narodzenia NMP w Łosiu. Kilka zdjęć i jazda dalej. Zaraz za rzeką, wjeżdżam w gęstą mgłę znów u podnóża góry Kiczera – Żdżar. Droga jest asfaltowa i spokojnie doprowadza mnie już do głównej drogi, która łączy miejscowość Ropa z Uściem Gorlickim. Dwa kilometry pod górę rano dobrze mi robią. Po pierwsze pozwalają się rozgrzać a po drugie pobudzają lepiej niż kawa. Mimo podjazdu droga ta jest mniej wymagająca i pomijając samochody na pewno bezpieczniejsza, ale też nudniejsza niż ta z wariantu I. Przy kolejnych metrach mgła ustępuje a ja wraz z kolejnymi przejechanymi metrami zatrzymuję się i podziwiam wschód słońca nad Jeziorem Klimkowskim. Kilka zdjęć i znów zjeżdżam na znaną mi już plażę. Tutaj już spokojniej spędzam czas nad jeziorem, robiąc zdjęcia i chłonąc już nie deszczowe krajobrazy a grę światła z wodą i mgłą. Ruszam dalej w kierunku Uścia Gorlickiego i Regietowa o czym w kolejnym wpisie, już ostatnim z tego wyjazdu. A Regietów to prawdziwe „mięso” Beskidu Niskiego.


Ropa w miejscowości Łosie

Zapora wodna

Na zboczach Kiczery - Żdżaru

Zapora wodna

Przydrożna kapliczka w Klimkówce

Kościół Serca Jezusowego w Klimkówce

Pierwszy nieśmiały widok na jezioro

Zurbanizowany fragment brzegu Jeziora Klimkowskiego

Początek ścieżki rowerowo - pieszej

Tereny rekreacyjne

Autoportret

Jezioro Klimkowskie

W kierunku Uścia Gorlickiego

Cerkiew pw. Narodzenia NMP w Łosiu

Taką przeprawę chciał zafundować wujek Google

Ale jednak wybrałem tą kładkę

Poranna odsłona rzeki Ropa

Początkowo mgliście

Ale wysokość pomogła i oto wschód słońca

Poranne mgły nad jeziorem





W kierunku zapory wodnej

Wjeżdżam do Uścia Gorlickiego

Droga asfaltowa

Droga zboczem góry, powrót asfaltem


Popularne posty z tego bloga

Wiślica i Opatowiec / Dolina Nidy

       Ruszyłem z domu w kierunku Żabna, ruch rano na szczęście jeszcze jest mały bo ten wyjazd z Tarnowa do bezpiecznych nie należy. Dosyć szybko przejeżdżam przez centrum Żabna w kierunku Niecieczy nadal drogą krajową. Tutaj można zjechać na poboczne drogi i ominąć ruch ale zależy mi na czasie. Droga do Nowego Korczyna jest już wyremontowana i nie muszę bawić się w objazdy jak przy okazji zeszłorocznego wyjazdu do Buska Zdroju. Przekraczam most na Wiśle i jestem w województwie świętokrzyskim. Tutaj odbijam na rondzie w lewo i kieruję się do Wiślicy. Po drodze przejeżdżam przez Stary Korczyn, robię rundkę wokół kościoła i jadę dalej. Na mapie możemy zobaczyć, że poruszam się prawie cały czas wzdłuż Nidy. Jednak bez drona nie mam zbyt wielu okazji aby zobaczyć rzekę a już na pewno mogę zapomnieć o widoku na zakola, które na mapie prezentują się tak okazale.      Przed samą Wiślicą robię postój na zakupy, przekraczam Nidę i jestem już w centrum Wiślic...

Klimkówka | Zalew Klimkowski 09.2025

       Po obejrzeniu kliku zdjęć z drona i przeczytaniu doniesień o fatalnie niskim stanie wody w Zalewie Klimkówka koniecznie chciałem pojechać i zobaczyć to na własne oczy. Byłem tam około trzech lat temu więc tym bardziej miałem pogląd na to jak wyglądało to wtedy. Tamten wyjazd rozbiłem na dwa dni, jechałem rowerem górskim. Tym razem w jeden dzień chciałem obrócić tam i z powrotem jadąc na szosie.      Dosyć szybko dojechałem do Ciężkowic zatrzymując się tylko w Gromniku na szybkie zakupy. Za Ciężkowicami, odbiłem na Zborowice i tutaj zaczęła się już dla mnie nowa droga, poprzednio jechałem inną trasą. GPS skierował mnie na ostry, krótki podjazd. I tutaj się dowiedziałem, że tak bezproblemowo jednak nie dojadę. Podjazd na oko miał około 15%, jeden obrót korby, drugi i zgrzyt łańcuch zaczął przeskakiwać. Wiedziałem, że jest już trochę rozciągnięty ale teraz miałem też już pewność, że na ostrych podjazdach będę musiał uważać a nawet zsiadać i prowa...

Krynica i mój najdłuższy dystans | 201 kilometrów

Krynica Zdrój. Zawsze będzie mi się kojarzyła z wyjazdami z dzieciństwa. Z mamą, z babcią, w czasach gdzie noclegów szukało się w gazetach. Minęło ponad 20 lat od tych wyjazdów i Krynica robi wszystko żeby nikt już nie miał takich wspomnień. Przestałem ją lubić przez tą zupełnie nieudaną komercjalizację. Ale kto zna Krynicę z dawnych lat wie o co mi chodzi a tutaj o kolarstwie. Pierwsza myśl pojawiła się jakieś 2-3 lata temu w Ciężkowicach kiedy trafiłem na kierunkowskaz – „Krynica Zdrój 50 km”. W sumie śmieszna odległość. Ale jakoś tak zawsze schodziło, a to początek sezonu i za słaba forma, a to choroba, a to niemiłosierne upały w lecie. Aż w końcu nadeszły święta Wielkiej Nocy 2025 i decyzja zapadła. Jadę do Krynicy. Mam teraz telefon, który działa dość opornie więc trochę skorygowałem trasę. Początkowo miałem jechać przez górki do Tylicza i zjechać do Krynicy. Ale postawiłem na znaną drogę, do której nie potrzebowałem nawigacji. Btw dostałem na urodziny licznik z gpsem więc mam n...