Przejdź do głównej zawartości

Ustroń (Skoczów - Ustroń) cz.1

 

Dzień 1 – Skoczów – Ustroń – Podróże PKP


Plan był taki – odwiedzić bliską mi osobę w sanatorium w Ustroniu. Wyjazd na trzy dni. Dokładnie to dwie noce. W sanatorium dochodzi się do siebie (a przynajmniej w tym przypadku tak było, osoba ta uwierzcie nie była w stanie korzystać z „sanatoryjnego życia” znanego z filmów czy opowiadań), także nadal pozostawało mi dużo czasu dla siebie. No to tak – kota nie wezmę, poza tym to żaden odpoczynek, dziewczyny nie mam więc najlepsza opcja – zabieram rower. I tu zacznie się historia, którą podzieliłem na dwie części – Skoczów PKP – Ustroń oraz opis podróży pociągiem, co ważne, z rowerem. A tu kolorowo nie jest.


Część I

Skoczów PKP – Ustroń


Do Skoczowa jechałem Kolejami śląskimi z Katowic. I tutaj było dobrze, pociąg wyruszył planowo, miejsca na rowery było sporo, zresztą więcej o tym w części drugiej.

Wysiadłem na wyremontowanym peronie przy zupełnie starym dworcu, a raczej budynku, który kiedyś pełnił taką rolę. Zaraz za budynkiem znajduje się bar, który jak przekonam się w drodze powrotnej pełni funkcje poczekalni oraz sklepu ostatniej potrzeby przed podróżą – zjemy zarówno kiełbasę, krążki cebulowe, frytki (same delicje, ale kalorie po całym dniu na rowerze będą się zgadzały). Ponadto zaopatrzymy się w chipsy, batony, papierosy, piwo, no co się tylko zapragnie. Ale bez zbędnego postoju ruszam przez osiedle prowadzony przez GPSa, który odrobinę wariuje kawałek dalej. Co zresztą nie dziwne bo wjazd na ścieżkę prowadzącą do Ustronia a dalej do Wisły wygląda bardziej jak miejsce, w które wchodzi się w szkole żeby zapalić tak żeby nikt nie widział. Ale tutaj tip dla Was – nie ważne jak, nie ważne którędy – dostańcie się na brzeg Wisły. Potem nie da się już zabłądzić bo trzymamy się cały czas jej brzegu i jadąc w górę rzeki po prostu nie da nie trafić się do wyżej wymienionych miejscowości. 

Sama trasa to ścieżka rowerowa, której nawierzchnia zwłaszcza na początku (patrząc od Skoczowa) bywa w bardzo różnym stanie – trochę asfaltu, trochę asfaltu, który kiedyś nim był, trochę szutru. Ja osobiście się stresowałem bo jechałem z dużym turystycznym plecakiem, torbą na kierownicy (również dopakowaną) a moje opony powiedzmy nie były w dobrym stanie. Miałem robić serwis przed wyjazdem no ale wiecie. Pracowałem u rodziny, a z rodziną to i na zdjęciu czasem ciężko dobrze wyjść. W każdym razie jeden ziomeczek, który z głupawą miną wyprzedził mnie na gravelu szybko zmienił podejście kiedy dotarliśmy do asfaltu. Ja już mam prawie trzydzieści lat, ale nie lubię jak ktoś się durnowato uśmiecha, jeszcze na szlaku rowerowym gdzie raczej każdy powinien być dla siebie w porządku bo i po co wytwarzać dodatkowy kwas, skoro tyle go już w około. Jednak jak szybko się okazało, dopakowany MTB z silną nogą jest lepszy od gravela bez bagażu ze słabą nogą. Wygrałem.

Po drodze praktycznie cały czas są ławki, brzeg jest dosyć szeroki, także nie ma problemu żeby chwilę odsapnąć, ochłodzić się w Wiśle i ruszyć dalej np. na obiad do jednej z kilku knajpek. W jednej z nich jadłem w drodze powrotnej. Jedzenie domowe (filety, schabowe, pierogi), żadne haute cuisine jednak wszystko jest świeże, czysto podane oraz w dobrych cenach. Za jedno danie z napojem bezalkoholowym zapłaciłem około 25 zł. Porcja w sam raz na to żeby się najeść ale mieć jeszcze siłę jechać.

O samej drodze nie będę się rozpisywał bo naprawdę nie ma w niej filozofii – każdy ciśnie w swoim tempie i trafia do celu.

Przejdźmy do Ustronia. I tutaj naprawdę jak chodzi o rowery jest mega dobrze. Ścieżka dalej prowadzi wzdłuż Wisły, jeden pas jest tylko dla pieszych, drugi na rowerów. Zero samochodów (ulica jest dalej, kompletnie oddzielona). Co jakiś czas mijamy mosty oraz kładki tylko dla pieszych i rowerzystów. Są restauracje, są knajpki przypominające trochę te nadmorskie. Jest dobrze.

Samo centrum Ustronia jest bardzo zwarte, dużo miejsc aby coś zjeść, podelektować się lodami. A jak już się najemy i chcemy odpocząć to jest Park a w nim dużo cienia, tężnia solankowa (przy której jest stacja naprawcza dla rowerów – wszelkie klucze, pompka, wszystko co potrzebne do podstawowego serwisu) i jest też całkiem przyjemnie wyglądający Amfiteatr. Co ciekawe w oczy nie rzucał się repertuar ale wszechobecne plakaty/banery z naszym mistrzem UFC – Janem Błachowiczem reklamujący pewien lokalny browar. W parku nawet trafiłem na patrol policjantów, którzy szli oczywiście środkiem chodnika, ale ku mojemu zdziwieniu, po ujrzeniu mnie, rozstąpili się niczym Morze Czerwone. W Tarnowie już by mnie spisali. Także tutaj plus dla Ustronia.


I tutaj przypomniała mi się jeszcze jedna dosyć istotna sprawa dla zwłaszcza podróżujących z jakimiś „godzinowymi” planami – w niedzielę w porze obiadowej był problem z miejscem. Tzn. można było poczekać, ale pewnie nie każdego taka opcja satysfakcjonuje (w tym mnie) także warto to wziąć pod uwagę. Dodam, że ja byłem w pierwszy weekend wakacji, co też może mieć wpływ na taką sytuację.


Wracając do mojej trasy – trzy kilometry od ścisłego centrum (powiedzmy Rynku) dotarłem na miejsce swojego spoczynku, które było na tyle dobre, że mógłby to być wieczny spoczynek. Mieszkałem paręnaście metrów od Wisły, w pobliżu jest jedna restauracja, jest też kościół, jest to też dobra lokalizacja jako start na Czantorię lub Trzy Kopce Wiślańskie (tu odsyłam do wpisu o wjeździe na tą właśnie górę). Jednym minusem był brak sklepu w bezpośrednim sąsiedztwie. Ale to bardzo mały minus w porównaniu do plusów i tych kochanych kotów, z którymi spędziłem w ogrodzie dwa wieczory. Bez spiny, tylko koty, góry, bardzo sympatyczna właścicielka i plany na kolejny dzień.


W Ustroniu byłem jako dzieciak, także nie pamiętałem nic. Pamiętam coś z Wisły, ze Szczyrku ale Ustroń jakoś nie zapadł mi w pamięci, a szkoda bo to naprawdę urokliwe miasteczko i nawet jeśli nie jesteśmy pacjentem któregoś z sanatoriów polecam wybrać się w te wyższe okolice. Cisza, spokój, ładne widoki zarówno na Czantorię jak i na Równicę oraz dla fetyszystów – dziesiątki nagich torsów z nadwagą kuracjuszy (serio, ludzie jak jest trzydzieści stopni ściągnięcie podkoszulka nie poprawi waszego komfortu, a nie ściągnięci poprawi go innym).


Skrócona przerwa w Katowicach przez opóźnienie pociągu

W pociągu relacji Katowice - Skoczów

Ustroń

Widok z 10. piętra sanatorium w stronę Równicy

Bezpieczne i dobre - filet z kurczaka z oscypkiem ;)

Zachód pierwszego dnia nie zachwycił

Ale okolica naprawdę bardzo ładna

A to już miejsce mojego zakwaterowania (Pokoje Gościnne Somea - polecam!)


Popularne posty z tego bloga

Wiślica i Opatowiec / Dolina Nidy

       Ruszyłem z domu w kierunku Żabna, ruch rano na szczęście jeszcze jest mały bo ten wyjazd z Tarnowa do bezpiecznych nie należy. Dosyć szybko przejeżdżam przez centrum Żabna w kierunku Niecieczy nadal drogą krajową. Tutaj można zjechać na poboczne drogi i ominąć ruch ale zależy mi na czasie. Droga do Nowego Korczyna jest już wyremontowana i nie muszę bawić się w objazdy jak przy okazji zeszłorocznego wyjazdu do Buska Zdroju. Przekraczam most na Wiśle i jestem w województwie świętokrzyskim. Tutaj odbijam na rondzie w lewo i kieruję się do Wiślicy. Po drodze przejeżdżam przez Stary Korczyn, robię rundkę wokół kościoła i jadę dalej. Na mapie możemy zobaczyć, że poruszam się prawie cały czas wzdłuż Nidy. Jednak bez drona nie mam zbyt wielu okazji aby zobaczyć rzekę a już na pewno mogę zapomnieć o widoku na zakola, które na mapie prezentują się tak okazale.      Przed samą Wiślicą robię postój na zakupy, przekraczam Nidę i jestem już w centrum Wiślic...

Klimkówka | Zalew Klimkowski 09.2025

       Po obejrzeniu kliku zdjęć z drona i przeczytaniu doniesień o fatalnie niskim stanie wody w Zalewie Klimkówka koniecznie chciałem pojechać i zobaczyć to na własne oczy. Byłem tam około trzech lat temu więc tym bardziej miałem pogląd na to jak wyglądało to wtedy. Tamten wyjazd rozbiłem na dwa dni, jechałem rowerem górskim. Tym razem w jeden dzień chciałem obrócić tam i z powrotem jadąc na szosie.      Dosyć szybko dojechałem do Ciężkowic zatrzymując się tylko w Gromniku na szybkie zakupy. Za Ciężkowicami, odbiłem na Zborowice i tutaj zaczęła się już dla mnie nowa droga, poprzednio jechałem inną trasą. GPS skierował mnie na ostry, krótki podjazd. I tutaj się dowiedziałem, że tak bezproblemowo jednak nie dojadę. Podjazd na oko miał około 15%, jeden obrót korby, drugi i zgrzyt łańcuch zaczął przeskakiwać. Wiedziałem, że jest już trochę rozciągnięty ale teraz miałem też już pewność, że na ostrych podjazdach będę musiał uważać a nawet zsiadać i prowa...

Krynica i mój najdłuższy dystans | 201 kilometrów

Krynica Zdrój. Zawsze będzie mi się kojarzyła z wyjazdami z dzieciństwa. Z mamą, z babcią, w czasach gdzie noclegów szukało się w gazetach. Minęło ponad 20 lat od tych wyjazdów i Krynica robi wszystko żeby nikt już nie miał takich wspomnień. Przestałem ją lubić przez tą zupełnie nieudaną komercjalizację. Ale kto zna Krynicę z dawnych lat wie o co mi chodzi a tutaj o kolarstwie. Pierwsza myśl pojawiła się jakieś 2-3 lata temu w Ciężkowicach kiedy trafiłem na kierunkowskaz – „Krynica Zdrój 50 km”. W sumie śmieszna odległość. Ale jakoś tak zawsze schodziło, a to początek sezonu i za słaba forma, a to choroba, a to niemiłosierne upały w lecie. Aż w końcu nadeszły święta Wielkiej Nocy 2025 i decyzja zapadła. Jadę do Krynicy. Mam teraz telefon, który działa dość opornie więc trochę skorygowałem trasę. Początkowo miałem jechać przez górki do Tylicza i zjechać do Krynicy. Ale postawiłem na znaną drogę, do której nie potrzebowałem nawigacji. Btw dostałem na urodziny licznik z gpsem więc mam n...